Jak przetrwać z dzieckiem w sklepie?

Przyjemnie byłoby od czasu do czasu zrobić zakupy spożywcze i nie mieć przy tym koszyka załadowanego dodatkowo słodyczami, serkami, zabawkami, czy gazetkami. Metody na to są dwie:

  1. Nie zabieranie dziecka do sklepu
  2. Zabieranie dziecka do sklepu i użycie tej sytuacji do stymulowania inteligencji emocjonalnej u niego i u siebie.

W pierwszym przypadku mamy święty spokój od razu, ale nie możemy niestety zmienić strategii bez jego utraty, w drugim najpierw musimy się trochę nagimnastykować, ale rezultatem będzie święty spokój niezależnie od tego czy będziemy później zabierać dziecko do sklepu czy nie.

Jeżeli chcemy spróbować zmierzyć się z dzieckiem i sklepem, warto spróbować najpierw spróbować możliwie najdokładniej opisać rzeczywistość, w której za chwilę się znajdziemy. Zwykle w takich przypadkach, warto przyjrzeć się sobie, a zachowanie dziecka przestanie nas zadziwiać. Jak my czujemy się w sklepie? Czy kiedykolwiek czuliśmy ekscytację na widok jakiejś wystawy, czy promocji? Czy kiedykolwiek kupiliśmy coś pod wpływem impulsu? Jeżeli choć raz w życiu nam się to przytrafiło, mamy szansę zrozumieć, jak czuje się w sklepie małe dziecko, którego zdolności do kontroli impulsów są nieporównywalnie niższe niż nasze. Cała sklepowa ekspozycja skonstruowana jest w taki sposób, by wywoływać emocje i prowokować do impulsywnych zakupów, bez zbytniego zastanawiania się nad tym czy danej rzeczy potrzebujemy czy nie. „Ale fajnie, chcę to” to w uproszczeniu wymarzony z perspektywy sklepu stan człowieka, który sklep odwiedza. Nasze pociechy doświadczają podobnych pragnień, ale ze względu na krótki trening radzenia sobie i mniejszą zdolność do rozpoznawania i nazywania różnych stanów psychicznych mogą być tego nieświadome, co zmniejsza ich zdolność do samoregulacji. Warto uzupełnić standardowe opowiedzieć dziecku o tym, czego może się spodziewać po wejściu do sklepu. Można opisać sytuację gdy zapragnęło ono czegoś na sam tego widok, a przestało o tym pamiętać, na krótko po zmianie scenerii. Dziecko prawdopodobnie zainteresuje też fakt, że na mamę i tatę wystawa oddziałuje podobnie i że rodzice również zmagają się z chwilowymi pragnieniami.

Nie zapominajmy o docenieniu zmagań naszych dzieci, które obserwujemy, gdy próbują one się kontrolować w odpowiedzi na nasze przecież, a nie własne pragnienia. Łatwiej nam będzie nagrodzić dziecko, jeżeli zapamiętamy, że spokój, a nawet próba zachowania spokoju w miejscu, które jest zaprojektowane tak by wzbudzać impulsywne zachowania nie jest stanem naturalnym i oczywistym, a raczej wyćwiczonym oraz że radosne podskakiwanie i ściąganie z półek wszystkiego co zwraca uwagę to reakcja naturalna, a grzeczny przemarsz przez supermarket i oczekiwanie, aż mama wybierze rodzaj makaronu to dla dziecka wysiłek. Krótkie „widziałam, jak przeszedłeś spokojnie obok czekolady”, „podobało mi się, że dziś w sklepie szedłeś obok mnie” zapewni malucha o tym, że jego starania są dla nas ważne.  Po zakupach warto przyznać dziecku punkty, jeżeli je stosujemy, pójść na chwilę na plac zabaw, czy w inny sposób nagrodzić podjęty przez nie wysiłek.

Maria Hrehorowicz

Rozmawiaj z dzieckiem o uczuciach. O co w tym chodzi?

W ramach wszędobylskiej mody na psychologię często słyszę przekaz, że dobrze jest mówić o emocjach, lub też, że koniecznie trzeba rozmawiać z dzieckiem o uczuciach. Z samym przekazem się zgadzam, natomiast wydaje mi się, że nie jest on tak prosty do zrealizowania jakby się mogło wydawać. Niby wiem „że” mam z dzieckiem o tych uczuciach rozmawiać, ale bardzo długo nie wiedziałam „jak” mam to niby zrobić. Klasyczne piękno teorii przy nijakiej praktyce.

O co zatem chodzi w rozmawianiu z dzieckiem o uczuciach? Po co w ogóle miałabym to robić?

Pomyślmy przez chwilę jak myślimy? Możemy myśleć trochę obrazami – to znaczy, że jak myślę, że idę po południu do teściowej na grilla, to „widzę” w głowie coś w rodzaju obrazu z tym ogrodem, stołem postaciami, mogę widzieć jakiś ruch, możliwe, że mogę się przyjrzeć szczegółom. Możemy myśleć też słowami. Mogę myśleć językiem, w którym rozmawiam i są takie rzeczy, które łatwiej mi słowem określić jak np. „wkurzenie” czy „załamka” niż wyobrażać sobie obrazy. No i dzieci też ludzie, mają tak samo.

Moim zdaniem w rozmawianiu z dzieckiem o uczuciach początkowo chodzi o pokazanie związku pomiędzy słowem, a stanem. Bardzo chciałeś zjeść loda? Wkurzasz się, że nie można już tego piątego loda, co? Dzięki nazwie „złość”, „wkurzenie”, czy jakiego tam słowa macie ochotę użyć dziecko rozwija swoje zdolności myślowe i zamiast rozpoznawać sytuację jako „niefajną, złą beznadziejną” może wyodrębnić, co konkretnie takie przykre i niefajnie jest. A „to nieprzyjemne” to uczucie frustracji właśnie.

Mały tupie nogami, że chce gazetkę? Mówi, że jak mu nie kupisz jajka z czekolady to Cię nie zaprosi na swoje urodziny? A jak ty się czujesz, jak widzisz lody, a akurat jesteś na diecie? Albo bardzo, bardzo, bardzo fajne buty w promocji, gdy właśnie chciałeś spróbować minimalizmu? Jakbyś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, nie kupię ci lodów, bo masz schudnąć, albo nie możesz sobie kupić butów, bo teraz ćwiczysz minimalizm? Pewnie fajowo….

To jesteś druga funkcja mówienia o uczuciach – dają poczucie bycia zrozumianym, co się przekłada na poczucie bliskości, niezależnie od sytuacji zewnętrznej. Weźmy te lody. Gdy budka z lodami jest przed waszym wzrokiem. W dodatku bardzo ładna, elegancka, ze stolikami z parasolkami i dodatkowo ozdobiona automatycznie puszczanymi, mydlanymi banieczkami. I chcecie te lody (znaczy jesteście pod wpływem impulsu), to który przekaz bardziej do Was trafia:

1.„lody są niezdrowe, dziś już były trzy porcje”

Czy raczej:

2. „chce ci się lody zjeść, co nie?”

Często okazuje się, że nie trzeba zawsze mówić ludziom co mają robić. Często sama zasada już jest znana, np. „jedzenie lodów na diecie, to kiepski pomysł – osłabia dietę”, albo „mama pozwala mi jeść tylko jednego loda dziennie”, albo „mogę małego”, albo „bajka jest w soboty”. To, co jest ważne w sytuacji gdy jesteśmy pod wpływem impulsu to poczucie, że ktoś bliski rozumie co się z nami dzieje. Dzieci też ludzie, mają tak samo.

Gdy spróbowałam pierwszy raz nazwać uczucie dziecka, zamiast tłumaczyć mu jak ma żyć efekt przerósł moje oczekiwania. Przetestowałam skuteczność później na mężu, teściowej i było tak samo – działa niezależnie od wieku. Myślę, że warto spróbować 😊

Maria Hrehorowicz